Był pewien bardzo mądry Szejk, którego mądrość była znana szeroko na
świecie. Najwięksi z największych przychodzili do niego, prosili o
rozmowę i przedstawiali mu swoje sprawy. On wysłuchiwał ich ze
spuszczonymi oczami, starał się ich dokładnie zrozumieć, potem chwilę
milczał i udzielał odpowiedzi. Mówiono na Wschodzie, że takich trafnych
odpowiedzi nikt z żyjących nigdy nie potrafił dawać, jakie on dawał.
Każdy, kto przychodził do niego z prośbą o pomoc, wedle tego, jak ważna
dla niego była ta pomoc i wedle tego, na ile go było stać, przynosił
rozmaite dary. Tak więc Szejk żył bardzo dostatnio i szczęśliwie.
Cieszył się swoją mądrością. Ludzie cieszyli się, że mają takiego
mądrego człowieka pomiędzy sobą. Ale Szejk żył samotnie, zamknięty w
swojej wieży mądrości. Nie miał ludzi mu bliskich. Nie znalazł nikogo
godnego, kogo mógłby nazwać swoim przyjacielem. Chociaż otaczających go
ludzi nie traktował z pogardą, to jednak nie więcej niż z dobrotliwym
współczuciem. Lata płynęły. Znaczyły się również i na tym, który zdawał
się być nieśmiertelny. W miarę upływu lat głowa Szejka i cała broda
stały się zupełnie siwe. Ale mądrości nie ubywało. Wprost przeciwnie.
Ludzie mówili, że Szejk jest jeszcze mądrzejszy niż dawniej. Aż dnia
jednego, gdy wszystkich wysłuchał i wszystkim udzielił rady, gdy Słońce
już zaszło i zmrok zapadł, nagle odchyliło się płótno jego namiotu i
wszedł jeszcze ktoś. Nie zapowiedziany nawet przez sługi. Szejk podniósł
oczy. W namiocie stał jakiś człowiek w nieokreślonym wieku, z
zasłoniętą twarzą. Przybysz odezwał się:
- Jestem Anioł Śmierci. Wysłał mnie Bóg, żebym ci powiedział, że jutro przyjdę po ciebie.
Szejk nie odpowiedział. Spuścił głowę. Nie zobaczył jego wyjścia. Tylko
usłyszał, jak trzasnęło skrzydło namiotu. Został sam. Siedział. Myślał. A
był bardzo mądry i na każdą trudność zawsze umiał znaleźć radę. Nagle
wstał, wyszedł przed namiot. Spytał swoje sługi:
- Kto był ten człowiek, który mnie teraz odwiedził?
- Nikt teraz nie wchodził do twego namiotu, panie.
- Przed chwilką rozmawiałem z człowiekiem, który powiedział, że jest Aniołem Śmierci.
- Nikogo nie widzieliśmy, żeby przychodził do ciebie. Nie słyszeliśmy żadnej rozmowy w twoim namiocie.
- Czy chcecie powiedzieć, że zdawało mi się.
- Przemęczony jesteś, panie, zbyt wielu ludzi przyjmujesz.
Nie uwierzył im. Wprost przeciwnie. Wypowiedzi sług upewniły go, że u
niego był naprawdę Anioł Śmierci. Polecił osiodłać najszybszego
wielbłąda, jakiego tylko miał w swoim stadzie. Wsiadł na niego i
popędził. Pędził całą noc. Pierwsze parę godzin jazdy zniósł dobrze, ale
potem ogarniało go coraz większe zmęczenie, dokuczało mu serce, z
trudem chwytał powietrze, bolały go wszystkie kości. Pocieszał się: To
są skutki, że wciąż siedzę. Za mało jeżdżę na wielbłądzie. - Ostatni
odcinek drogi był już dla niego jedną męką. Z najwyższym tylko wysiłkiem
utrzymywał się na siodle. Chwilami chyba tracił przytomność. Ale i
wielbłąd galopował resztką sił. Nad ranem dopadł sobie tylko znanej
maleńkiej oazy rzuconej w pustyni. Zsunął się z wielbłąda i upadł na
ziemię wyczerpany. Po chwili się pozbierał; wstał z ogromnym trudem. Był
okropnie zmęczony. Ale był równocześnie szczęśliwy. Myślał sobie z
satysfakcją: - A teraz, tak jak było powiedziane, przyjdzie Anioł
Śmierci do mojego namiotu i nie zastanie mnie tam. - I uśmiechając się
pod wąsem szedł na trzęsących się nogach obok swojego wielbłąda do
wodopoju, żeby jego napoić i żeby sam mógł się napić czystej, zimnej
wody. Gdy już był całkiem blisko, naraz zobaczył, że ktoś samotny siedzi
przy źródle. Nie spodziewał się tutaj nikogo. Wolałby się z nikim nie
spotkać. Ale w ostatnim momencie poczuł jakiś przypływ wzruszenia i
ochotę, żeby z kimś podzielić się swoimi przeżyciami ostatniej nocy,
żeby komuś opowiedzieć o swoim sukcesie. Postąpił następne kilka kroków.
Ten ktoś siedzący przy źródle wstał i wtedy Szejk poznał, że to jest
Anioł Śmierci. Anioł powiedział:
- Gdy mi Bóg rozkazał przyjść po ciebie do tej dalekiej oazy, zdziwiłem
się bardzo, myśląc, jak ty, taki stary człowiek, potrafisz przebyć taką
daleką drogę w ciągu jednej nocy.
***
Płaczę podczas deszczu.
Karolina Korwin Piotrowska? Janusz Korwin Mikke? Przepraszam, nie znam.
Adam Mickiewicz uśmiercił mnie za życia, przez co stało się ono bardzo ciężkie.
Pamiętają, pamiętają o mnie.
Nie wiem, nie wiem.
Jak wieszcz...
Byliśmy wierni. Aż po grób!
Na chwilę się zamyśliłam i już mnie nie ma.
Za wcześnie.
Oficjalnie zemdlałam po wejściu do domu i już nie odzyskałam przytomności. A tak go przecież kochałam...
Do końca spektaklu - razem.
To chyba nie było to miejsce.
Przestańcie już się kłócić!
Byłem przodownikiem pracy. Tak mi się wydaje.
O, św. Odylonie, dusz naszych patronie. Idziemu tłumnie przy Twej trumnie...
Hello boys and girls! Od kilku dni dzielę los Kevina, choć nie do końca,
bo nie mieszkam całkiem sama - Kruszynka mnie chroni - i pora roku też
nie ta, niestety. Jeszcze jeden taki gorący dzień jak ten, a zacznę
zjeżdżać ze schodów na sankach, co Kevin już opatentował.
W myśl zasady, że nie zawsze jest Nowy Rok, należało przedsięwziąć
działania mające na celu postęp w procesie usamodzielniania się. Wszak
październik się zbliża. Zupa! Udało się zrobić kilka kroków do przodu,
ponieważ:
- nie boję się kupować szynki, sera, śmietany, warzyw i owoców, a to zawsze było dla mnie ciężkie
- ubrania, które piorę, nie farbują
- naprawiłam zepsuty sprzęd gospodarstwa domowego
- mięso po usmażeniu nie było surowe
- oleju w sam raz
- dom błyszczy
- kwiaty żyją
Nie, nie, nie. Przebieranie w winogronach i kapustach pekińskich jest o
wiele ciekawsze i daje o wiele więcej radości niż grzebanie w szmatach.
Można szanowna temperatura zaczęłaby już spadać? Ile można chodzić w
tych reklamówkach?
Zasięganie inforamcji odnośnie studiów - rozpoczęte. Dziwi mnie fakt, że
przed liceum większość mnie straszyła, a teraz roztaczane są przede mną
świetlane wizje. Tyle osób przede mną już ten kierunek skończyło. To co chciałam i tam
gdzie chciałam. Chociaż reakcje dziwne. Nie oczekuję skakania pod sufit,
całowania mnie po rękach i kłaniania się do ziemi, ale robienie
skrzywionych min na przemian ze smutnymi oczami przy pytaniu: a co po
tym? jest krótko mówiąc - denerujące. Oczywiście reakcje byłyby inne,
gdybym oświadczyła, że idę np. na ... . Po tym przecież zawsze
są piniądze, a piniądze są w życiu najważniejsze. Bo za piniądze można
kupić wszystko, pojechać wszędzie i przyjaźnić się ze wszystkimi.
Celem mojego życia nie jest politykowanie, ale pragnę nadmienić, iż
Pierwszy Obywatel RP i Drugi Obywatel RP skończyli te studia, które ja zamierzam ukończyć. I poważanie mają i
trochę piniendzy też. Ale w końcu nie pracują w zawodzie, który
teoretycznie powinni wykonywać po pięciu latach ciężkiej, umysłowej
pracy.
Osoby młode reagują na ten wybór całkiem zwyczajnie. A część dorosłych
(mniejsza) zadaje to denerwujące pytanie: co później.
Oczywiście, można wybrać pieniężny kierunek i męczyć się potem przez
całe życie. Można też wybrać trochę mniej pieniężny i męczyć się trochę
mniej (albo i więcej - zależy od perspektywy). Spokojnie. Jeszcze nie
zaczęłam, kresu na razie nie widać, wszystko się może zdarzyć i skończyć
na projektowaniu kosiarek.
Festiwal w Kanadzie był najwspanialszym ze wszystkich dotychczasowych wyjazdów.
Jeżeli tak się zaczęło, jakże inaczej mogłoby się skończyć?
Gdziekolwiek byłam - zagłosowałam.
Jak po koncercie wrócimy do domu...
W moim magicznym domu...
Bardzo magicznym.
Boston Public!
Nasza...
...komuna...
...paryska.
Oto sklep dla gotów. Oprócz zaprezentowanych na zdjęciu ubrań, w ofercie znajduje się m.in. przyrząd do upuszczania krwi wraz z finezyjną fiolką do przechowywania owej krwi.
Krakowiak na rowerach.
Aleja Simowa 149. Przytulne lokum Zosi Miguel.
Aleja Simowa 279. Bella Ćwir mając już dość zawirowań w swoim życiu uczuciowym, zakupiła dom i pragnie rozpocząć wszystko od nowa.
Aleja Simowa 768. Dzięki przedsiębiorczości Marysi, rodzina Przyjemniaczków zainwestowała w roślinność oraz zdecydowała się na zainstalowanie kominka. Ale Daniel nadal romansuje...
Powiało Ameryką.
Konsultacje medyczne u Doktor Quinn. Ku mnie zbliża się Grace.
Irokezów nie toleruję.
Dwa grand poziomy.
Fiery ludki.
Folkoteka. Tańce with interakcje.
Na polskim stoisku sprzedawano biżuterię z bursztynu, lalki - krakowianki i czapki, których w Polsce się nie nosi.
Resocjalizacja w więzieniu nie przyniosła porządanych rezultatów.
Niby nic.
Leonie, Ty tutaj?
W Polsce takie rozwiązanie rozwiałoby wiele wątpliwości.
Rzeka Św. Wawrzyńca w Quebecu.
Bohaterzy.
Wchłaniacz przestrzeni.
W amerykańskich filmach schodkami przeciwpożarowymi zazwyczaj uciekają przestępcy i zbuntowane nastolatki.
Krok po kroku, krok po kroczku najpiękniejsze w całym roczku...
Pepsi, frytki, kurczaki?
Szklane domy przyszłością również narodu kanadyjskiego.
Matura powraca. Czekałam do 4:00 i, gdy w końcu udało mi się zalogować, okazało się, że wyników brak... Przepełniał mnie ogromny lęk, gdy zmierzałam do szkoły. Nie poszło mi aż tak źle. Może będzie ze mnie historyk, bo histeryk już jest, na 100%.
Pora pakować manatki i za morze. A po powrocie czas na rekreacyjny wypoczynek. À bientôt!
bi-ka 2010-06-30 23:28:12
Czas biegnie nieubłaganie. Już miesiąc wakacji za mną. Najlepsze jest
to, że mogę sobie jechać tam i siam, grać w Atomicę, oglądać TV (brak mi
Rysia i Grażynki) oraz czytać bez widma podręczników i zeszytów unoszących
się nad moją głową.
Jeśli chodzi o książki, z przykrością stwierdzam, że Dan Brown już nie
powinien pisać. "Zaginiony symbol" jest lekko mówiąc - słaby. Główny
bohater, najmądrzejszy, najprzystojniejszy, najzaradniejszy i
najspokojniejszy Robert Langdon w pewnych momentach jest mniej
dynamiczny niż główna bohaterka serialu "Majka", a to nie świadczy o nim
dobrze. Sięgnęłam więc po "Pod kloszem" Stephena Kinga. Hm... nie
chodzi o to, że nie minęło 100 stron, a już 10 osób nie żyje. Myślałam,
że nie będę w stanie spokojnie przejść z pokoju do kuchni bez
zaświecania lampy, a tu nic. Bardziej przestraszyli mnie "Infiltratorzy"
Davida Morrella. Świetny kryminał. Nieschematyczny. Pani Profajss
zachęciła mnie do przeczytania "Portretu Doriana Greya", już czeka. A
jeżeli chodzi o literaturę faktu - Norman Davies mógłby pisać
podręczniki do historii.
Wstępna decyzja o emigracji do Miasta Królów Polskich została podjęta.
Wcale nie cieszy mnie fakt posiadania w końcu własnego pokoju. Z resztą
mój brat stwierdził, że na studiach nie będzie ze mną mieszkał. Pragnie
odpocząć, bo musiał ze mną mieszkać od dnia, kiedy wrócił ze szpitala do
domu, czyli od sierpnia 1993.
Jedyną zaletą przeprowadzki będzie bliskie usytuowanie uczelni, a
właściwie Instytutu, bo pewnie mój dzień będzie polegał na jeżdżeniu od
jednego budynku do drugiego, ale w końcu, jak Kopernik się zapisał 519
lat temu i jakoś to wytrzymał, to może mnie też się uda. Najbardziej
boję się jeżdżenia przepełnionymi tramwajami z przyklejoną do szyby
twarzą. Zawsze mi było żal tych ludzi. Miasto Królów Polskich mnie
przeżuje. To pewne.
No proszę, w niedziele wybory. Myślałam, że wczoraj po próbie dojdzie do
rękoczynów. Nie ma to jak starcie dwóch osób, które nie wiedzą o co się
spierają. Nie ma się co oszukiwać, II tura na pewno się odbędzie i
wbrew moim obawom, zagłosuję, gdziekolwiek będę. Wyborcy jednego z
kandydatów uważają się za niezwykle nowoczesnych, wyborcy drugiego
uważani są za mniej nowoczesnych (przez kandydatów rozumiem dwóch, którzy
mają szansę na prezydenturę). Szkoda mi reszty startujących. Tyle pieniędzy
wtopione w kampanię (tylko jeden rozsądny z niej zrezygnował, na rzecz
powodzi) na nic. Determinacja?
Emocje wieczoru wyborczego - niezapomniane, więc głosujmy, głosujmy. I tak będziemy narzekać, ale przynajmniej
pełnoprawnie.
(...) wbrew powszechnym opiniom mężczyzna to też istota ludzka.
Już nie jestem tylko abiturientem, ale pełnoprawnym lennikiem z aktem inwestytury i pieczęcią krwi. Tylko kto mi będzie z tą ziemią robił?
No cóż, można inaczej. I całe szczęście.